Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 02 - Przez kraj szatana.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W międzyczasie, gdy czarownicy w tak niezwykły sposób walczyli z epidemją, chorzy byli pozostawieni własnemu losowi.
Biedacy leżeli w straszliwej gorączce pod kupami owczych skór i kożuchów, bredzili w malignie, miotali się i łkali.
Tymczasem zdrowi Mongołowie, obojętnie gwarząc, jedząc i paląc fajki, oczekiwali swojej kolei.
Jakaś kobieta, pokryta czarnemi wrzodami ospy, karmiła piersią dziecko i, jęcząc, brudnemi paznogciami rozdrapywała swe poranione, wynędzniałe ciało. Obok sterczały nagie, wychudłe nogi trupa, przykrytego brudnym kożuchem. W innej jurcie zdrowi ludzie pili herbatę, siedząc obok trędowatej kobiety, której usta, policzki i powieki były pokryte straszliwemi, ohydnemi ranami gnijącemi, coraz dalej i głębiej wżerającemi się w jej zbolałe ciało. Palce i dłonie nieszczęśliwej były spuchnięte i oszpecone chorobą. Trędowata swemi budzącemi przerażenie i wstręt rękami nalewała herbatę gościom, ropiącemi się palcami wrzucała sól do ich miseczek, paliła fajkę i oddawała ją sąsiadom.