Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chłopak zaczął się rozglądać na wszystkie strony. Wkrótce przez sieć powikłanych gałęzi bzów i tawuły dojrzał na bocznej ścieżce ławkę z siedzącą na niej skuloną postacią.
Przyjrzał się dobrze i poznał starego kapitana Głotowa.
Stary oficer, oparłszy głowę na rękach, szlochał głośno.
Lis widział jak trzęsła mu się długa, siwa broda.
Kadet chciał niespostrzeżenie odejść, lecz po chwili zupełnie inne postanowienie dojrzało w głowie chłopca.
Wyprostował się służbowo i, trzymając dłoń przy daszku kepi, podszedł ku siedzącemu starcowi. Posłyszawszy chrzęst liści pod stopami zbliżającego się człowieka, kapitan podniósł zalaną łzami twarz.
Poznawszy salutującego mu kadeta, machnął ręką i rzekł cichym głosem:
— Możesz, kadecie, nie oddawać mi honorów wojskowych, albowiem szeregowca widzisz przed sobą... zwykłego szeregowca i — nic więcej! Nic! Takie to, proste!... Jedno tylko słowo carskie i po czterdziestu latach wiernej służby — „szeregowiec“, a tymczasem słowo to może być okupione dwoma, albo trzema życiami — mojem, staruchy żony i córki, którą z takim trudem utrzymujemy na Krymie, ratując od śmiertelnej choroby piersiowej...
Kapitan ścisnął w dłoniach siwą, gładko ostrzyżoną głowę i jęknął przeciągle.
Lis wyprostowany, nie odejmując ręki od czapki, rzekł: