Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przyjacielem mi jesteś, więc spełnij, o co poproszę! — rzekł.
— Jegomościu... jegomościu! — mógł tylko powiedzieć wzruszony Kubala.
— Musimy się rozstać... Pojedziesz z pismem do naszej pani, a gdy będziesz wiedział, gdzie jestem, przywieź mi żonę! Tylko tobie mogę ją zawierzyć tak, jakbym życie swoje oddał ci w ręce... Ja zaś muszę tam być!
Zrozumiał „podłego stanu“ Wojciech Kubala, co się działo w sercu i duszy wysoko urodzonego pana Władysława Haraburdy. Zrozumiał, bo zrozumienie miał nietylko w sprytnej kmiecej głowie, lecz w sercu poczciwem i wiernem.
Spojrzał więc w przybladłą, stroskaną twarz rycerza, rękę mu ucałował, a gdy wyściskali się, przez długą chwilę nic nie mówiąc, pismo wziął i wyszedł.
Usłyszawszy turkot kół odjeżdżającego wózka, pan Haraburda krzyknął:
— Hej, pocztmistrzu! Dwa dukaty na stół, jeżeli jutro o świcie stanę w Toruniu!
W pół godziny później lekki wózek unosił rycerza drogą na Bydgoszcz.
Woźnica, otrzymawszy od pocztmistrza „czerwoną cedułę“, szybko zmieniał konie na postojach i gnał, jak wicher, po twardej, przymarzłej drodze.
Już zaraz za Bydgoszczą wprawne oko pana Haraburdy dojrzało ślady wojny.
Tu i ówdzie rozkwaterowane były większe i mniejsze oddziały wojsk, pasły się konie chorągwi dragońskich i pancernych, węszyły podjazdy, w ukryciu stały działa, podciągane ku miejscom zagrożonym.