Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— W Toruniu... w Toruniu... — mówił pan Łyskowski. — Powiadam tedy: Szwedzi parli i parli, ino czekać, ogarną żelazną obręczą Gdańsk i morze nam umkną... Wielka konsternacja w kraju powstała i nie ex commiseratione, a przez innata dumę nawet tych, którzy przeciwko morskim sprawom gardłowali. Ale hetman i jego powiernik — pan Lanckoroński oko na wszystko mieli. Gdy Szwed nie ważył się na Gdańsk uderzyć, bo mieszczaństwo i tym razem fidelitatem dla korony przechowało, i cofnął się do Tczewa in fuga effusa, hetman siedział cicho, aż armata Gustawowa Małe morze zagarnęła i Puck, Oliwę, Orłowo opanowała.
— Boże sprawiedliwy! — jęknął rycerz.
— Tedy rzucił się jak orzeł, Puck zdobył, Szwedów wyżenął, rajtarów i gemajnów pobił pod Hamersztynem, a pan Lanckoroński okręty nasze w Gdańsku tuto modo osłonił skutecznie — zakończył opowieść pan starosta.
— A nasze brygantyny, czy pływają i nieprzyjacielowi szkodzą? — szepnął pan Haraburda.
— Nie masz o tem żadnych słuchów! — odparł pan starosta. — Gorąco tam w Gdańsku, bo, jak gadają ludzie, to dzień nie minie, żeby Gyllenhjelm pocisków ognistych nie rzucał...
— Cóż to za Gyllenhjelm? — zapytał rycerz.
— Admirał Gustawa-Adolfa tak się nazywa — objaśnił starosta.
— Jakże waszmość pan suponujesz: czy zdzierżymy, czy pogrążą nas Szwedzi? — cichym głosem zapytał Pan Haraburda.
Pan Łyskowski przez długą chwilę milczał.