Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dobył szabli, dotknął dłonią klingi i uśmiechnął się.
— Nie stępiała na tureckich głowach! — rzekł. — Tylko bacz, waść, aby nie potłuc pająków i kubków pana Fuggera, bo spadkobiercom twoim płacić za nie wypadnie!
Rotmistrz w tej chwili przyciął, robiąc „primę“.
Haraburda odbił cios i odezwał się:
— Powiadam, że waść porąbiesz pająki! Lepsze od „głowy“ jest cięcie referendarskie, ot — takie, bo można go użyć nawet w karocy. Widzisz?!
Lecz lisowczyk już nic nie widział, bo padł, niby piorun weń trząsł i krwawił.
Haraburda skinął na pachołka i, jego fartuchem wytarłszy szablę, włożył ją do pochwy. Usiadł, zły na siebie i na wszystkich, obojętny na pochwały i zachwyty szlachty.
— Przepraszam pana kasztelana za niemiłe widowisko — rzekł z ukłonem do pana Bąk-Lanckorońskiego — lecz nie moja w tem culpa...
— Prawdziwą rozkosz miałem, widząc tak znakomitą robotę w sztuce krzyżowej — odparł dostojny pan — ale przepraszam, czy jesteś pan synem kasztelana mińskiego, pana Michała Haraburdy, wielkiego statysty, a mego dawnego znajomka?
— Jestem wnukiem jego, a synem Stefana, dawnego rezydenta królewskiego w Kurlandji, — odparł młodzieniec. — Miłe mi jest spotkanie z tak dostojną i znamienitą osobą, od której też sztuki wojennej się uczyłem!
— Jakto? Co waść mówisz? — zdziwił się kasztelan.
— Uciekłem w roku pańskim 1610-ym, jako czter-