Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


różnymi sposobami, lecz tego dnia już nikt nie widział na śniegu śladów świeżej krwi.
— Ależ macie siłę w garści! — z zachwytem zawołał Rodionow, gdy wieczorem Lisowie przyszli na herbatę do przyjaciół.
— Eh! — machnął ręką pan Władysław. — Miałem dwa razy tyle, ino mi rany i etapy zabrały jej sporo.
— Starczy wam! — uśmiechnął się kupiec.
— Ja też lak myślę, przeto się nie troskam zbytnio! — zaśmiał się zesłaniec. — Nie mogłem dziś wytrzymać! — dodał, jak gdyby się usprawiedliwiając. Gdy pomyślałem, że dzikie zwierzęta podczas zabawy nie czynią sobie krzywdy, a tu nagle ludzie krew z siebie wypuszczają dla widowiska, żartu, wesołości! No, wtedy...
Urwał nagle i namarszczył czoło patrząc w ziemię.
Rodionow parsknął śmiechem i dokończył:
— Wypłukaliście w przerębli Gałgę i Ogły, a oni, gdyście przemawiali do nas, stali niby słupy z lodu, a trzęśli się niczym liście osiki... Cha! Cha! Cha!
— Może źle uczyniłem? — zapytał Lis.
— Gdzież tam! — zawołał kupiec. — Doskonale! Był tu pewien misjonarz, człek uczony, on też przeciwko „wojniszkom“ powstawał i „dzikością ohydną“ nazywał ten zwyczaj... Dobrzeście zrobili, sprawiedliwie!
Rodionow jął przypominać sobie wypadki tego dnia i na głos opowiadał o nich wybuchając głośnym śmiechem, w którym było tyleż wesołości, ile szczerego zachwytu nad niezwykłą siłą przyjaciela.


ROZDZIAŁ V
REWIZOR

Narym z niepokojem oczekiwał zapowiedzianego przyjazdu urzędników. Łamano sobie głowy nad tym, co może sprowadzać o tej porze roku tak nieprzyjemnych gości, lecz nikt