Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nadużycia, Safianow zawsze potrafił urządzić tak, że gubernator szedł pod sąd i zostawał wydalony. Nikt dotąd nie odważył się z nim zadrzeć!
— Ależ napędził on wam strachu! — zaśmiał się zesłaniec.
— Straszny to człek! Zresztą wkrótce ujrzysz go na własne oczy... — mruknął Rodionow.
— Widziałem straszniejszego, bo samego cara Mikołaja! — uśmiechnął się Lis.
Pomilczeli chwilkę, po czym kupiec uspokoiwszy się nieco rzekł:
— Chodźmy nad rzekę, tam dziś od rana odbywa się widowisko, które się zowie u nas „wojniszką“. Urządzają ją nasi Samojedzi i Rosjanie z Tatarami tamtego brzegu. Popisują się tam co najtęższe chłopy!
— O cóż im poszło? — spytał pan Władysław.
— O nic, bo to tylko zabawa, która odbywa się co roku w pierwszy dzień Bożego Narodzenia! — objaśnił kupiec. Chodźmy, zobaczysz ją, a warto widzieć, bo rzecz ciekawa i podniecająca!
Skierowali się ku rzece. Na brzegu stłoczyli się wszyscy mieszkańcy: mężczyźni, kobiety i dzieci.
Na lodzie widniały kupki uczestników tej syberyjskiej „zabawy“.
Lis myślał, że ujrzy zwykłe zapasy siłaczy i borykanie się, lecz natychmiast przekonał się o swej pomyłce.
Była to prawdziwa, zażarta bitwa.
Rozpoczęli ją chłopaki, drobiazg jeszcze, otulone w baranie kożuszki, w kosmatych „malachajach“ i wojłokowych butach. Chłopcy bili się z krzykiem i piskiem machając rekami, tonącymi w przydługich rękawach kożuchów i żółtych skórzanych rękawicach. Wodzili się za czuby, okładali pięściami, padali ślizgając się na gładkim lodzie i hałasując straszliwie, lecz wkrótce z jeszcze głośniejszymi krzykami jęli uciekać.