Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


różnych słów, które wydawały mu się tym piękniejsze i ważniejsze, im były bardziej długie i niezrozumiałe. Zdolny, pojętny i posiadający zdumiewającą pamięć Samojed robił szybkie postępy. Zajmowało go wszystko, toteż prowadził z Lisami nieskończone rozmowy i uczył się zawzięcie.
Pewnego razu zapytał:
— Kto jest lepszy, samojedzki Numa — „Wielki Duch“, czy wasz Bóg?
— Znasz naszego Boga? — zadał pytanie Lis.
— Nie!
— A Wielkiego Ducha znasz?
— Modłę się do Numy od dzieciństwa, a on pomaga mi i broni, gdy jestem samotny w tajdze lub na warcie rzecznym! — odparł z westchnieniem.
— Tedy módl się do niego i nadal!! Z pewnością każe on wam nie zabijać, nie kraść, nie mówić nieprawdy, kochać wszystkich, jak braci...
— Kochać wszystkich, a więc i „urusów“? — przerwał mu Wotkuł ze zdziwieniem patrząc na Polaka.
Lis zamierzał odpowiedzieć mu, lecz po chwili namysłu machnął ręką i nic nie odrzekł.
Przecież wiedział dobrze, że i on sam „urusów“ kochać nie potrafi.
— Módl się do swego Wielkiego Ducha, Wotkule! — powtórzył.
— Wkrótce już nasze spotkania muszą ustać... — rzekł cichym, smutnym głosem Samojed. — Zaraz po świętach narodzenia waszego Boga Samojedzi wyruszą do tajgi na łowy... Musimy zdobyć dużo skór, aby starczyło na podatki „urusom“ i aby głodu i nędzy nie było po czumach! Ciężkie czasy nadchodzą...
Lis zamyślił się i rzekł:
— Tę zimę muszę spędzić w domu. Nie mogę przecież