Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łem ci powiedzieć od dawna, że twój druh — mój druh, twój wróg — wróg Wotkuła...
— Dziękujemy wam! — powtórzył Lis wyciągając dłoń do tuziemca.
Ten wstał i pochylając mu się do ucha szepnął:
— Pyraga otrzymał nakaz baczyć, abyś nie uciekł... Surowy nakaz!... Pyraga jednak powiedział mi, że jeżeli zechcesz uciekać, to powiedz mi o tym, a ja was przez tajgę przeprowadzę i ukryję... Pyraga nie wyda... Stary powie, że o niczym nie wiedział... Pamiętaj o tym!
Lis drgnął.
Uciec z tej surowej krainy, powrócić do ojczyzny, zawieźć umiłowaną żonę do domu rodzicielskiego, posłyszeć mowę ojczystą, odetchnąć powietrzem polskim!
Opamiętał się jednak i westchhął:
— Dziękuję wam, Wotkule, dziękuję za dobre chęci! — wyszeptał. — Nie skorzystam jednak z waszej dobroci i przyjaznej pomocy. Moja ojczyzna daleko stąd, nie potrafilibyśmy przekraść się do niej!... Nie, byłoby to szaleństwem!
Samojed usiadł podwinąwszy nogi pod siebie i mruknął:
— Com miał rzec, tom rzekł! Moje słowo — krzemień, a ty z krzemienia wykrzesz iskry!...
Słowa te uderzyły Polaka.
Po raz pierwszy baczniej przyjrzał się Wotkułowi.
Wysoki, barczysty i zwinny, miał ostre spojrzenie północnego łowcy, śmiałą, rozumną twarz i mocno zaciśnięte wargi, oznakę niezłomnej woli.
Lisowi błysnęła nagła myśl. Uśmiechnął się i rzekł:
— Dobrze! Od dziś zacznę krzesać iskry z tego krzemienia, Wotkule!
Samojed podniósł głowę i oczami wpił się w twarz Polaka.
— Słuchaj! — zaczął zesłaniec. — Straciliście wolność nie tyle dlatego, że was zwalczono, ile przez to, że pozostajecie