Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Huragan.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Wystąpił problem z korektą tej strony.


Wszyscy bowiem wiedzieli, że było to drzewo ponure, straszliwe, na którem za ponowania Turków wieszano bez miłosierdzia Syryjczyków, Arabów, Żydów i Lewantyńczyków, nie tyle z wyroków sadu, ile na rozkaz surowego wielkorządcy tureckiego wspaniałego „mutasarifa“.
Uprawiano to przy krwawym sułtanie, uprawiano przy postępowym rządzie młodot[...]ków, wrogów haremów, władzy padyszacha i czerwonych fezów.
Teraz „drzewo śmierci“ zostało ścięte.
Nikt już na niem nie wisiał, bo kto miał zginąć, ginął w inny, bardziej kulturalny, znacznie kosztowniejszy, bardziej... cywilizowany sposób.
Z rzęsiście oświetlonych kawiarń wyrywały się przeraźliwe, gardlane śpiewy kobiet arabskich — grubych, noszących suknie paryskie i sztuczne francuskie klejnoty, nie okrytych czarczafami, ku wielkiemu zgorszeniu prawowiernych muzułmanów.
Występowały na estradzie, przyjmowane oklaskami i pijanym rykiem europejskich marynarzy i żołnierzy.
Młody, wiotki Arab w białym zawoju, oparty plecami o słup telegraficzny, tęsknym, znużonym wzrokiem przyglądał się tłumowi, czarnym drzewom i oślepiającym latarniom elektrycznym.
Przychodzi tu codzień smutny i zrozpaczony
Bez celu błąkał się po Bejrucie, zaglądał do wszystkich dzielnic, widząc, jak biali przybysze wypierają zewsząd dawnych mieszkańców, wykupując ich domy i wznosząc olbrzymie gmachy z że-