Przejdź do zawartości

Strona:F. Mirandola - Tropy.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

 Ruszamy. Objeżdżam gazon, by raz jeszcze spojrzeć na nich.
 — Kochani! — rzucam im cicho, bardzo cicho, by moja banda nie słyszała.
 Patrzą za nami. Uśmiechają się. Zrozumieli. Ten uśmiech był dla mnie, wyłącznie dla mnie.
 I zaraz zapomniałem o gniewie. Świstam. Jak cudnie.
 Raz jeszcze się oglądam.. nic już nie widać. Zakryły ich lipy, zakryła stojąca pośród nich kaplica...
 Ale słyszę, jak mówią do siebie, tam daleko, może tylko myślą zresztą:
 — Kochany! Kochany chłopiec!
 — O jakżem wam wdzięczny, że jesteście! — odpowiadam cicho.
 — Płakać się chce... tak cudnie. Ależ ta moja banda gada!
 Całkiem, jak w hajderze.

∗∗

 — A pruuu! — woła Józek i łapę swą kładzie na lejcach.
 — Co? — pytam przychodząc do siebie.
 — Oszalał! — woła Józek. — Przecież to już Jedlna! Stój!
 — Co?

 — Nie mogę wrócić ku jawie. Nie odnajdu-