Strona:F. Dostojewski - Bracia Karamazow cz-2.djvu/21

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    opowiadać, mam w zapasie ciekawsze jeszcze szegóły. Tylko nie dziw się, że sięciebie nie wstydzę, owszem, rad jestem, że ci wszystko wyznać mogę.
    — Ty myślisz — rzekł Alosza — żem się zarumienił z powodu twoich opowiadań? To nie dlatego, bracie. Zarumieniłem się, bo czuję, że i ja jestem taki sam, jak ty.
    — Taki sam?! No, toś się trochę zapędził.
    — Nie, nie, nie zapędziłem się — przerwał z ogniem Alosza (widocznie myśl ta dojrzała w nim już dawniej). — Jesteśmy na jednej drodze, tylko, że ja stoję dopiero na pierwszym szczeblu, a ty gdzieś wyżej, może np. na dwunastym. Ale to wszystko jedno, bo kto raz wstąpił, musi już przejść wszystkie stopnie, aż do szczytu.
    — Należałoby zatem wcale nie wstępować?
    — Oczywiście, kto jest w stanie, kto może się wstrzymać.
    — A ty możesz?
    — Zdaje mi się, że nie.
    — Milcz, Alosza, milcz! Najdroższy mój, chciałbym ręce twoje ucałować... tak z radości. Ta szelma Gruszeńka zna ludzi. Mówiła mi kiedyś, że i ciebie zje prędzej, czy później. Milcz! Milcz! Bo zaraz z zabagnionego trzęsawiska moich podłości przejdziemy do właściwej mojej tragedyi, która jest także zabagnionem trzęsawiskiem. Nasz stary odpowiadał dużo o tem, jak za złoto kupowałem niewinność, a przecie nie wie, że zdarzyło się to raz tylko i to nie spełniło się. Była to właśnie moja tragedya, której stary nie