Strona:F. Dostojewski - Bracia Karamazow cz-2.djvu/11

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wynikało, że będzie musiał rozmawiać z nią sam na sam. Wolałby zobaczyć się pierwej z Dymitrem i, nie pokazując mu otrzymanego listu, pomówić z nim cokolwiek; ale wiedział, że nie zastanie go teraz domu, więc powziął ostatecznie bohaterskie postanowienie i skierował się do domu Katarzyny.
    Dla skrócenia drogi, nie poszedł głównemi ulicami, tylko tyłami ogrodów miejskich, zkąd siecią ścieżek i zaułków mógł o wiele prędzej dojść do celu. W chwili, kiedy przemykał się tak rozmaitemi ciasnemi przejściami, podniósł głowę instynktowo i natknał się niespodzianie na tak pożądanego brata, Dymitra. Ten stał właśnie za płotem jednego ogrodu i żywemi gestami przyzywał do siebie Aloszę, który też pośpieszył na jego wezwanie.
    — Jak to dobrze, żeś mnie spostrzegł — zawołał Dymitr radosnym, ale przyciszonym głosem — o mały włos nie krzyknąłem, widząc cię, a nie chcę robić hałasu. Chodź teraz ze mną.
    — Gdzie? — również szeptem odpowiedział Alosza, rozglądając się na wszystkie strony; nie dostrzegłszy jednak nikogo, zapytał zdziwiony:
    — Dlaczego zachowujesz takie ostrożności, wszak niema tu nikogo?
    — Dlaczego? A lichoż to wie! — odparł pełnym już głosem Dymitr. — Jestem w nastroju tajemniczym i mimowoli natura przystosowuje się do tego i każe mi szeptać, mimo, że nikt nas tu nie słucha.