Strona:F. Antoni Ossendowski - Pod smaganiem samumu.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz na wschodzie niebo rumienić się zaczyna... mija kilka chwil, tajemniczych chwil walki światła z mrokiem, dnia z nocą, życia ze śmiercią...
Nagle ciemność wsiąka w mury, w kamienie bruku ulicznego, wpełza do każdej szczeliny, ukrywa się pod gzymsami i dachami, wlewa się do kanałów podziemnych, a czarne niebo na wschodzie pęka i przez jego rozdartą szatę tryska kaskada różowych i złotych promieni...
— La Illah Illa Allah u Mahommet rassul Allah — Allah Akbar... — płynie, drżąc w powietrzu, poranne nawoływanie muezzina ze szczytu minaretu, skąd nawołuje wiernych do obcowania z Bogiem — Sprawiedliwym lecz Groźnym Sędzią, który wywyższa i poniża, obdarza i karę wymierza.
W domach — ruch, odgłosy życia, mruczenie modlitwy porannej, słowa rozkazów, pożegnania, skarg, ciche szlochanie, jęk cierpienia, śmiech...
Dzielnica na Kasbie budzi się szybko i odrazu zaczyna żyć.
Tak będzie trwało do chwili, aż na zachodzie zgaśnie słońce, a muezzin po raz ostatni wykrzyknie jękliwie i rozpaczliwie:
— Allah Akba — a-ar!...
Wtedy znowu popłyną zewsząd strugi i potoki mroku, zjawą się cienie dawnych dziejów i zapomnianych ludzi; wtedy cisza przytłoczy swym ciężarem prąd życia i wszystko utopi w swej bezdennej, martwej otchłani, zazdrośnie walcząc o swoje panowanie aż do pierwszych błysków zorzy, aż do godziny przedświtu...