Strona:F. Antoni Ossendowski - Pięć minut do północy.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pewnego razu Hans dowiedział się z dzienników, że do Genewy przybył słynny okulista niemiecki, wezwany do chorego na oczy amerykańskiego potentata przemysłowego.
Kapitan natychmiast poszedł do lekarza, a gdy długo nie chciano go dopuścić, zniecierpliwiony rzekł stanowczym głosem do lokaja:
— Proszę powiedzieć profesorowi, że kapitan von Essen, dowódca łodzi N. 30, prosi o przyjęcie!
Poczem natychmiast został zaproszony do poczekalni i wkrótce miał z okulistą rozmowę o Henryku. W godzinę później wszedł do doktora z chłopcem.
Profesor długo oglądał małego pacjenta, badał go i wypytywał.
Nareszcie wydobył z szuflady biurka kawałek czekolady i dał chłopczykowi, mówiąc:
— Pogryź to sobie, a my z kapitanem porozmawiamy tymczasem!
— Nadzwyczajnie interesujący wypadek! — mówił do Hansa po niemiecku. — Powiada pan, że okuliści nie robili żadnej nadziei? Hm... hm... A czy dawno to było?
— Zapewne przed paru laty, gdy dziecko było zupełnie małe — odpowiedział kapitan drżącym głosem. — Pan rozumie, że zrozpaczona matka obawiała się usłyszeć ponownego wyroku i usiłowała pogodzić się z losem, przyzwyczajając do tego syna...
— Tak, rozumiem! — zawołał profesor. — Twierdzę na podstawie wrażliwości na światło, nawet zdolności do odmiennego reagowania na promienie różnego zabarwienia, że aparat nerwowy i centrum mózgowe są w porządku. Natomiast zewnętrzne organy wzrokowe były od urodzenia niedorozwinięte. Z biegiem czasu zaszły pewne zmiany... Jestem przekonany, że możliwa jest operacja z dobrym skutkiem
— Profesorze, słów nie mam na wyrażenie mojej wdzięczności! — wybuchnął Hans ściskając mocno obie ręce okulisty.
— Bardzo się cieszę, drogi kapitanie, że mogłem wzniecić chociaż trochę nadziei w sercu tak znakomitego oficera naszej floty! — odparł profesor.