Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiem przekonaniem. Oficer pomyślał chwilę i nagle rzucił:
— Prowadź!
Jak błyskawica zjawił się przed swoją szczupłą kompanją Janek.
— Chłopcy! — zawołał. — Do boju! Za mną!
Było tyle mocy i ognia w słowach kaprala „Zosi“, że żołnierska brać kopnęła się z miejsca i z okrzykami „Niech żyje Polska!“ „Bij Moskala!“ — gnała w stronę wsi.
Na czele pędził mały kapral. Zderzyli się z atakującymi Moskalami na bagnety i zaczęła się krwawa robota. Janek widział, jak jedna po drugiej zostawały za nim chaty Żukowa.
— Zdobędziemy wieś! — grało mu w duszy. — Naprzód chłop...
Nie skończył, zachwiał się i padł. Nawet nie drgnął, bo kula moskiewska wdarła się w jego odważne, bohaterskie serce.
Kompanja jednak już się zapaliła do boju, potężnie parła naprzód i zapędziła się daleko za wrogiem.
Wieś była zdobyta, a ten, który się do tego przyczynił, leżał z twarzą jasną i spokojną, jakgdyby spał w poczuciu, że uczynił tego dnia wszystko, co honor i serce nakazały...