Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na skraju moczarów, tuż za drogą, leżał jasnowłosy chłopak, ochotnik-harcerz — Zygmunt Płoszko, powszechnie zwany Lolusiem. Miał spokojną, natchnioną twarzyczkę, wpółprzymknięte oczy, uśmiech na ustach, a wschodzące słońce zapaliło, jak wtedy w farze, kolorowe ogniki w jasnej czuprynce. Zdawało się, że chłopak śpi. Jednak na piersi, tuż nad sercem, na szarej kurcie rozpływała się coraz szerzej gorąca, bardziej szkarłatna, niż kwiat maku, krwawa plama.
Leżał zabity Loluś długo, gdyż wieśniacy pouciekali, a 236-ty pułk gonił zmykających nieprzyjaciół, których od tego dnia odpędzano dalej i dalej od Warszawy, aż przyszedł na nich dzień ostatecznej klęski.
Długo leżały tam niewinne ofiary za Polskę, za naród, a czerniły się wszędzie po polu bitwy, czerniły się obficie, gdyż naród polski nie znał mieszczańskiej, podłej oszczędności w dobie walki o kraj, honor i sławę.

IV.

O 10-tej wieczorem przybył do Ossowa dziwny wóz. Na koźle stangret-wieśniak bezustanku popędzał konie. Na wozie siedziała na wiązce siana sio-