Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ten krzyż najwięcej przyciągał kobietę i zwykle po kilka razy powracała, wpatrując się w kopiec, leżący u jego stóp, jakgdyby chciała dojrzeć drogie kości.
Niebo było pogodne, przejrzyste, tysiące gwiazd świeciło nad ziemią, śpiącą pod miękkim, białym pokrowcem. Księżyc, jasny i obojętny, wypłynął z poza lasu i sunął coraz wyżej, zapalając na śniegu miljony jarzących się i mieniących wszystkiemi barwami płomyków. Migotały na szklistej powierzchni śniegu i gasły na chwilę tylko wtedy, gdy przed obliczem księżyca sunęły długie smugi białych obłoków, płynących od północy. Było cicho i martwo dookoła, tylko zrzadka zalatywał wietrzyk i z suchym szelestem poruszał stwardniałą słomę ścierniska.
Kobieta z załamanemi rękami stała przed białym kopcem i coś szeptała. Może jak zwykle pytała:
— Michasiu, synku! odezwij się! Czyś tu?
A może modliła się gorąco i uparcie...
Długo tak stała i gdy już miała odejść, nagle zauważyła, że na szczycie kopca coś się poruszyło. Drgnęła i oczy nieprzytomne w bolesnej nadziei wbiła w to miejsce.
Jakieś wiotkie cienie, postacie chybkie i nie-