Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przed tym sędzią stanął ksiądz katolicki, potomek Ruryka.
— Byłeś w bliskich stosunkach z polskiemi pułkami i organizacjami wojskowemi? — pytał towarzysz Leon, przeglądając plikę papierów, przyniesionych przez konwojujących księdza żołnierzy.
— Byłem — padła spokojna odpowiedź.
— Kto stoi na czele tego ruchu, tu na Białej Rusi, i jakie są wasze zamiary?
— Nazwisk nie wymienię! Co do zamiarów, to powiem, że mamy bronić swego kraju od waszych krwawych i występnych rządów.
— T-a-a-a-k! — przeciągnął, złośliwie mrużąc oczy, „sędzia“ i, dotykając wykrzywionemi palcami swoich wyrwanych nozdrzy. — Hej, towarzysz Gunia, bywaj!
Wszedł wysoki, czarny chłop, zarośnięty brodą po same oczy.
— Nr. 11! — rzucił „towarzysz“ Leon.
Chłop runął na księdza i zanurzył mu ostrze szydła w lewe oko.
Ksiądz zbladł straszliwie, zachwiał się na nogach i, ścierając dłonią krew, płynącą mu po twarzy, szeptał:
— Pod Twoją obronę, uciekamy się, Matko konających...