Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Komisarz zmieszał się i, spuszczając głowę, rzekł niepewnym głosem:
— Obywatelu Światopełk-Mirski, proszę za mną.
Żołnierze otoczyli księdza i wyszli na ulicę.
Przewyższając wszystkich o głowę, z pogodnem i śmiałem obliczem, kroczył mohylowski dziekan przez miasto, otoczony czarną, dziką bandą rozpasanych, pijanych od krwi i bezprawia żołnierzy, a żaden przez całą drogę nie śmiał się słowem odezwać.
Tak w milczeniu doszli do gmachu, gdzie się mieściła krwawa „czeka“. Księdza wprowadzono na salę, gdzie przy długim stole, na którym stały pośród papierów butelki z piwem i wódką, brudne talerze z resztkami kiełbasy i słoniny i mętne od zatłuszczonych palców szklanki, siedziało trzech cywilnych sędziów bolszewickich.
Odprawiono komisarza i żołnierzy, którzy dokonali aresztowania, i ksiądz został sam przed stołem sędziów. Stał spokojny, wyniosły, tylko oczy mu żywiej błyszczeć zaczęły.
— Towarzyszu, jesteście z Rurykowiczów? — zapytał jeden z sędziów, biorąc pióro do ręki.
— Pochodzę z rodu książąt Światopełk-Mirskich — odparł ksiądz.