Strona:F. Antoni Ossendowski - Na skrzyżowaniu dróg.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rybacy umilkli, nikt się z nikim nie naradził, nikt nie przekonywał nikogo i nikt nie przeczył, bo kuter nagle zakreślił szerokie koło i, chyląc się na lewą burtę, zaczął pruć fale, dążąc na głos nieznanego żeglarza...
Ciężko pracowali znużeni rybacy, walcząc z nieposmyczną dmą i bijącemi w burtę falami i wpatrując się w nocny mrok, mgłą przysłonięty i skotłowany miotającym się zwarem.
Stach, czepiając się linowego takielunku, wybiegł na sam dziób kutra i umieścił tam latarnię o dużem palenisku, a później położył sobie pod ręką zwój cienkiej cumki, aby ją rzucić topielcowi.
Płynęli pół godziny, aż usłyszeli głosy ludzi zbliska. Długo nie mogli jednak ich dojrzeć, lecz bystrooki Stach nagle poniósł ręce i krzyknął, wskazując sternikowi na prawo:
— Tam! Tam!
Jeszcze kilka skoków kutra, dwa zderzenia się z falą i wszyscy spostrzegli przewróconą łódź, z uczepionymi do niej ludźmi. Rzucono im linkę i wciągnięto na kuter.
Byli to duńscy studenci, odbywający jachtem żaglowym pływankę po Bałtyku.
Szturm zatopił jacht, przewrócił czółno ratownicze i gdyby nie kuter Kaszubów, morze pochłonęłoby nowe ofiary.
O północku dopiero dotarli rybacy do Karwi.
Mimo spóźnionej pory zbiegła się cała osada, już zaniepokojona o los łowców.
Cieszono się z powrotu rybaków i podziwiano uratowanych.
Balke opowiadał o ciężkiej pływance od strądu, o lotrowaniu żagli, pokazywał skrwawione od lin ręce i śmiał się ze Stacha:
— Ten gałgan mówił, że za nic nie popłynie, a jak tylko skrzyknęli topielce i głos dali, pierwszy przełożył kliwer pod wiatr.
Stach się bronił, mówiąc:
— Zarzekałem się, że nie masz nic na ziemi, zaco bym popłynął nazad, a nie godałem o morzu. Ho, ho! Morze to dycht inna rzecz!
Nazajutrz rano uratowani studenci, dziękując swoim zbawcom, odjechali.
Rybacy rzadko już wypływali na połów. Burze szalały na Bałtyku.