Strona:F. Antoni Ossendowski - Na skrzyżowaniu dróg.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Postępuję kilka kroków naprzód, nie wypuszczając ani na chwilę niewidzialnego jeszcze zwierza z oświetlonego koła.
Jestem gotów do strzału w każdej chwili. Robię jeszcze krok, jeszcze dwa i nagle ze świetlanej mgły krzyżujących się promieni wyłania się niewyraźna postać lamparta. Zdobywam jeszcze dwa metry przestrzeni, sunąc, jak duch, prawie nie dotykając ziemi.
Teraz widzę o jakie trzydzieści kroków przed sobą ciało wyciągniętego na ziemi drapieżnika. Płonące oczy zaczynają mu się ruszać, ciało kurczyć się i drżeć.
Niema chwili do stracenia.
Bucha strzał, rozdzierający zaczajoną ciszę nocną...
Lampart robi skok na stronę, ku zaroślom krzaków palmowych, lecz pada i zaczyna szarpać ziemię pazurami.
Podbiegam i wypuszczam drugą kulę... Lampart mój!...
Wkrótce przybiegł murzyn i razem z nim ponieśliśmy zdobycz do obozu...
Spotykałem samotne, dzikie bawoły oko w oko. Widziałem, jak opuszczały ponure, rogate głowy, jeżyły szerść na potężnych karkach i podnosiły ogony, rozpoczynając atak. Strzelałem i olbrzymie zwierzę padało bez dźwięku.
Czatowałem na hipopotamy, kryjące się w bagnistych, głębokich rzekach, ścigałem stada antylop, lecz doprawdy, były to dżentelmeńskie polowania, wymagające nietylko celnego oka, lecz i dużej wytrzymałości przy pościgu w upalny tropikalny dzień, na ciężkim do przebycia terenie, w obłokach gryzących owadów, rzucających się na białego człowieka z wściekłością niezrównaną z niczem.
Tropiciel-murzyn, wpatrzony w ziemię, odczytywał z tej księgi dżungli prawie niewidzialne znaki — ślady zwierząt. Opowiadał mi szeptem, skąd i dokąd szły, co robiły w drodze, niemal — co myślały. Był to cały romans leśny, najbardziej porywająca powieść, pełna podniecających epizodów.
Tu przechodziły antylopy-kaamy, gdy nagle wpadł na nie lew, porwał jedną i zaczął pożerać ją, o czem świadczyły skrawki skóry i ślady pazurów króla dżungli na korzeniu, wystającym z ziemi. Tam drapieżna geneta ścigała zająca i, nie dognawszy go, zawróciła, spo-