Strona:F. Antoni Ossendowski - Na skrzyżowaniu dróg.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzenie Adamów i Ew, nawet bez listków figowych. Młodzieniec znał osobiście wszystkich banderiljosów, kapadorów i pikadorów, zachwycał się „toreros”, rozmawiał nawet nieraz z artystokratycznymi sędziami, zwolennikami i znawcami walki byków, i z lubością wdychał ostry, przejmujący go dreszczem rozkoszy zapach areny cyrkowej.
Bienwenida, prawdziwy syn swego narodu, był religijny, jak mnich i przesądny, jak pierwotny poganin, to też tak, jak to czynił jego ojciec, przyjmował udział we wszystkich procesjach kościelnych, oblewał się potem, niosąc na schylonych barkach ciężkie figury Chrystusa, upadającego pod krzyżem, spowiadał się co miesiąc i modlił się z grubej książki do nabożeństwa. Na piersiach chłopak miał zawsze duży żelazny krzyż, kupiony przez pradziadka od jakiegoś powracającego z Jerozolimy pątnika, lecz zarazem na tym samym sznurku pozostawał talizman, przechodzący w ich rodzinie z ojca na syna. Była to podłużna złota tabliczka z napisem arabskim — może modlitwą do Allacha, a może czarodziejskiem zaklęciem.
Ten właśnie Pablo Bienwenida jechał na swoim mule aleją cyprysową, prowadzącą do hotelu „Alhambra” i nucił jakąś piosenkę, lecz czynił to prawie bezwiednie, czując jakiś niepokój, tak zwykły dla człowieka, który o czemś zapomniał.
— Ale co miałem jeszcze do zrobienia? — pytał samego siebie wesoły chłopak. Długo męczył się tem pytaniem, aż nareszcie przypomniał sobie, że to było przecież pierwszego lipca. Każdego zaś pierwszego nowego miesiąca, jeszcze za życia ojca, a później po jego śmierci, do ich domu przychodził stary cygan Karnako i zadawał zawsze jedno i to samo pytanie:
— Czy już namyśliliście się?...
Stary Bienwenida na to pytanie wzruszał zwykle ramionami i odpowiadał:
— Nie rozumiem, o czem mowa?
Ponieważ Karnako, nic nie objaśniając, zadawał takież pytanie młodemu, ten zbywał go tą samą odpowiedzią, po której cygan odchodził, mrucząc...
— Nie nadszedł jeszcze czas!... Nie nadszedł, bo nic nie wiedzą...