Strona:F. Antoni Ossendowski - Na skrzyżowaniu dróg.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zaś nie jestem urzędnikiem ani też nic nie przeskrobałem. Przyszedłem do Ekscelencji, aby poznać mądrego administratora, a gdybym za takiego go nie uważał, nie przyszedłbym wcale.
Gubernator śmiał się wesoło i wieczorem był na kolacji u „buntownika”, gdzie go poczęstowano flakami i bigosem — potrawami, nieznanemi na Syberji.
Od tej pory policja nie śmiała przez długi czas robić przykrości Palowskiemu, który miał sklep w Narymie, prowadząc rozległe interesy.
Tego dziwaka poznałem na schyłku jego twardego życia.
Było nam dobrze razem.
Nic w tem dziwnego nie widziałem, ponieważ posiadam też swoje dziwactwa.
Jednem z nich było to, że, poznawszy staruszka podczas wiosennych polowań w okolicach Narymu, gdzie ciągnęły ogromne stada dzikich gęsi i kaczek, korzystając z urlopu, nieproszony przyjechałem do niego na święta Bożego Narodzenia.
— Pocóż to jegomość zawitał? — przywitał mnie pytaniem Bolesław. — Mróz taki, że aż cedrowe kloce w ścianach pękają, a pan sobie tak, jak gdyby nic, „fyrt” z Tomska do Narymu?!
— Lisów tu macie dużo — odparłem. — Chcę sobie połazić po krzakach i zapolować. Chyba pan nie odmówi mi gościny na parę dni?
— To się wie! — zaśmiał się dobrodusznie. — Nawet sybirak zwykły tego nie odmówi, a tembardziej Polak sybirski. Jakbym wiedział, bo bigos, palce lizać, mam w spiżarni.
Mrozy stały srogie, zamiecie szalały, więc z polowań na lisy nic nie wyszło. Zimny wicher przebijał podwójną koszulę futrzaną i czepek lisi z klapami, nasuwanemi na czoło, uszy i policzki. Udało mi się zastrzelić kilka zajęcy i cietrzewi w pobliżu miasteczka i na tem „łowy” się skończyły.
Siedziałem więc w schludnem, ciepłem „jak w uchu” mieszkanku p. Bolesława, piłem herbatę, bez przerwy dolewaną przez starą służącą, Melanję, czytałem przywiezione książki, a wieczorami rozmawiałem