Strona:F. A. Ossendowski - W ludzkiej i leśnej kniei.djvu/260

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Tego wieczora mi się nie powodziło. Widziałem kilka sarn, lecz szły daleko, i strzelanie do nich śrutem było bezcelowe. Gdy siedziałem, wyglądając zdobyczy, przez chwilę mi się zdawało, że wierzchołki trzcin przede mną ledwie dostrzegalnie się poruszyły. Zacząłem uważnie się wpatrywać i znów na krótką chwilę, na jedno mgnienie oka wydało mi się, że dwoje ognistych źrenic przenikliwie zatopiło się w moich oczach. Było to spojrzenie ciężkie, pełne ostrej nienawiści. Jakiś przykry chłód zakradł mi się do serca. Zacząłem znów szukać tych oczu, ale — napróżno.
    — Przywidziało mi się! — pomyślałem, lecz w tej chwili Luter, stojący na prawo ode mnie, na cały głos wrzasnął:
    — Tygrys! tygrys!...
    Wyskoczyłem z kryjówki i zdołałem jeszcze zobaczyć długie, pręgowane ciało tygrysa, który olbrzymiemi susami sadził zboczem pagórka, za którym rozpoczynało się trzęsawisko.
    Wtedy zdałem sobie sprawę, że przed kilku minutami oczy moje spotkały się z jarzącemi oczami straszliwego drapieżnika Widocznie namyślał się, czy napaść na mnie, czy też prześlizgnąć się niepostrzeżenie.
    Wybrał na moje szczęście ostatnie, inaczej zginąłbym z pewnością.
    Gdyśmy obejrzeli miejsce, gdzie widziałem oczy tygrysa, doświadczony myśliwy, inżynier Gołowin, rzekł, pokazując wyciśnięte na błocie ślady łap drapieżnika, podobne do głębokiego talerza.
    — Tygrys tu się przyczaił i przysiadł na wszystkich łapach, przycisnąwszy się do ziemi całem ciałem, bo był gotów do skoku... No no... uszedł pan niechybnej śmierci!