Strona:F. A. Ossendowski - Tajemnica płonącego samolotu.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wściekły okrutnie! Pewno skropiono mu zbyt obficie zad witrjolem — dodał, śmiejąc się dobrodusznie Isidro Gines.
Byk wściekał się istotnie. Narazie, oszołomiony, jaskrawem słońcem, krzykami i niezwykłym widokiem tłumów, otaczających arenę, przystanął i rozejrzał się. W mgnieniu oka pochylił rogatą głowę, wyprężył kark, podniósł ogon i runął przed siebie, z głuchym, groźnym rykiem, roniąc na piasek płaty piany. Jak barwne ptaki, przefrunęli przez wysokie ogrodzenie kapadorowie i „chulos“ w czerwonych kurtkach i granatowych spodniach. Byk uderzył rogami w mocne obelkowanie parkanu i zawrócił. Znowu rozległ się ryk, a w chwilę potem rozjuszony zwierz już dopadł siedzącego na białej szkapie pikadora.
— Ej! — wrzasnął krewki Huetras. — Ten niezdara nie zdąży nawet nastawić swej lancy!
Lecz pikador szybko umocował się w siodle i wystawił grubą włócznię z krótkiem a szerokiem ostrzem. Stal wbiła się w pochylony kark byka, lecz nie zdołała powstrzymać ataku. Uderzony rogami w pierś i wyrzucony w powietrze koń upadł ciężko, przywalając jeźdźca. Potoczył się na ziemię śmieszny, płaski kapelusz pikadora i mignęła wytrącona z rąk lanca. Pierś konia stała się szkarłatną; z przebitej tętnicy trysnęła krew pieniącą się strugą.
Szkapa wierzgała rozpaczliwie i usiłowała się podnieść, lecz byk uderzył ją raz jeszcze i, zniżywszy łeb zamierzał wziąć na rogi gramolącego się, potłuczonego jeźdźca.
Kapadorowie czuwali jednak.
— Ach, patrzcie! — zawołał ktoś z publiczności. — Basillio Fuga pędzi!