Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ernst Swen podniósł głowę i w jego łagodnych oczach zaszkliły się łzy.
— Najpierw mam obawę co do swego fachu, kapitanie! — zaczął mówić, bezradnie rozkładając ręce. — Nie jestem ani ślusarzem, ani elektrotechnikiem, ani górnikiem, jestem świeżo upieczonym doktorem prawa... To może pana zrazić do mnie... Pozatem nie odznaczam się nadmiarem sił fizycznych — to znowu źle w oczach pańskich! Zato, zapewniam pana, mam dużo uporu i niezłomnej woli... Przez tyle lat przecież sprzeciwiałem się woli mego ojca, woli, popieranej nieraz namacalną siłą pięści...
— Istotnie, — odparł Pitt, — fach pański nie może być łatwo zastosowany na Tajmyrze, chociaż, chociaż, kto wie? Teraz, gdy będziemy tam mieli pięć tysięcy zbiegów z cywilizacji europejskiej, może i to się przydać... Dobrze, że pan jest świeżo upieczonym prawnikiem, a nie już wytrawnym, z „bukietem“ tradycyj! Czy pan myśli, że prawo jest rzeczą nienaruszalną i nietykalną?
Pitt utkwił wzrok w łagodnych oczach młodego człowieka i zdumiał się, bo oczy te nagle zmieniły wyraz i stały się surowe, pełne ognia i stanowczej śmiałości.
— Tak, kapitanie! — odparł twardym głosem. — Prawo jest nietykalne w danym okresie, przy istniejącej ideologji i warunkach rozwoju ludzkości. Gdy one się zmieniają gruntownie, to artykuły prawa powinny być do rdzenia przerobione. Nowy kodeks powstaje, stary wyrzucamy do kosza ze śmieciami. Le roi est mort, vive le roi!
— Rozumiem, — szepnął Pitt — nie wyjaśnił pan