Strona:F. A. Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1930).djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mały, nad wyraz krępy, już nie młody człowiek zbliżył się do wołającego.
— Co mam zrobić z tą zwierzyną? — zapytał, uśmiechając się złowrogo.
— Wsypiesz każdemu po dwadzieścia pięć kijów i obiecaj trzy razy tyle, jeżeli jeszcze kiedyś tu zawitać raczą. A z przywódcą sam się rozmówię.
Podszedł do leżącego osobno kozaka i zaczął mu się uważnie przyglądać.
— Dzień dobry, przyjacielu! — mruknął. — Przyszedłeś po śmierć, boś się wygadał. Uczciwie to z twej strony, więc prędko się z tobą tu załatwią. Bądź spokojny...
Podczas, gdy rozlegały się krzyki sumiennie chłostanych kozaków, jakiś Chińczyk, na rozkaz wodza, rozwiązał nieostrożnego kozaka i poprowadził go w stronę krzaków, w których wkrótce zniknęli obaj. Po chwili powrócił tylko Chińczyk.

II.

Wpobliżu źródeł Tinza-ho od paru lat już stała duża osada, złożona z pięciuset długich szop. Tłumy ludzi kręciły się wszędzie. Jedni majstrowali około domów, przyrządzali strawę w olbrzymich kotłach, znosili mąkę, sól, jarzyny; inni robili cegłę i gliniane rury i zwozili w taczkach do kilku wielkich pieców, przy których praco-