Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Llo — szeptał Y — zdaje mi się, że czeka nas nowa przygoda, a tym razem taka, że nic tu poradzić nie mogę...
— O... o — wybełkotał przerażonym głosem Llo. — Co się dzieje?
— Zaspaliśmy, a tymczasem „wielka łódź” popłynęła sobie... Jesteśmy na morzu i nic wokół oprócz wody i słońca nie widać. Spójrz sam!
Llo wyjrzał i zupełnie tak, jak to uczynił Y, wydał lekkie gwizdnięcie:
— Fiut!
— A widzisz! — kiwnął głową Y i nachmurzył czoło.
Milczeli obaj. Llo nie odzywał się, bo wiedział, że wódz musi się namyślić.
Po chwili Y mruknął:
— Chciałbym wiedzieć, czy jesteśmy sami na tej łodzi, czy też znajdują się w niej inni ludzie? Jacy? Czarni czy biali? Dobrzy czy źli?
Nie zdążyły paść wszystkie te pytania, gdy gdzieś zupełnie blisko rozległ się gruby, donośny głos:
— Zgarnij topy![1]
Inny głos powtórzył z dziobu żaglowca:

— Zgarnij topy!

  1. Spuść szczytowe żagle.