Strona:F. A. Ossendowski - Afryka.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zjawił się muezzin i jękliwym, drgającym głosem jął wykrzykiwać:
La Illa Illach Allach u Mahomet — Rassul Allach Akbar!
Arab podniósł głowę i mruknął do siebie:
— Spóźniłem się... Stary Jusuf śpi już dawno...
Zapuścił się w ciemną, wąską uliczkę. Biegła wgórę, załamując się co chwila i znikając za potężnemi rogami ślepych, grubych murów. Arab szedł szybko wyślizganemi, krzywemi stopniami uliczki. Kamienie, zlane różnemi nieczystościami i zaśmiecone papierami, skórkami pomarańcz i łuską orzechów, śliskie były, lecz przyzwyczajony do takich uliczek Arab szedł pewnym, zamaszystym krokiem.
W rynsztokach szemrała płynąca woda, dźwięcznie pluskała mała fontanna na skrzyżowaniu dwu uliczek; śmigały szczury, a łaciaste, biało-rude koty skradały się ku nim.
W murach czaiły się nędzne legowiska ludzkie, do czarnych jaskiń podobne. Gnieździła się tam biedota miejska: tragarze, ładujący okręty, żebracy, drobni rzemieślnicy, wieśniacy, przybywający z dalekich osad i szukający taniego noclegu w mieście.
Z tych nor, ukrytych w głębi murów, buchały czerwone błyski płonącego ogniska i kłęby dymu; rozpływały się w powietrzu zapachy topionego łoju baraniego, cebuli, czosnku, suszonych ryb i warzonego mięsiwa. Jakieś skulone postacie