Strona:Elwira Korotyńska - Złota Marysia.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

chyla się nad studnią i znika. Wrażenie musi być takie, jakby wpadła do studni.

Matka (wychodzi z chaty i rozgląda się): Gdzie ta Marysia? Powiedziałam w złości, żeby wskoczyła bodaj do studni, jeśli chce wrócić do domu i dziewczyna zlękła się i nie przychodzi. A prawdę mówiąc źle bez niej... Czarna Marysia nie chce nic a nic robić, siedzi jak dama, boi się rączki powalać, a tamta mnie we wszystkiem zastąpi, choć młodsza i słabsza od Czarnej Marysi (ogląda się niespokojnie wokoło) Marysiu, Złota Marysiu! a chodźże! (milczenie) Marysiu! nie bój się! przyniosłam hak, wyciągniemy wiaderko! Tak cicho... Niema jej... (idzie do studni, spostrzega fartuszek rzucony i staniczek Marysi i zaczyna krzyczeć w rozpaczy) Utopiła się! Co pocznę bez niej! I poco ją wyganiałam! Trzeba było odrazu wziąć sznur i haki i wyciągnąć! O, moja Złota Marysiu! (siada przy studni i płacze, wchodzi na scenę Czarna Marysia).

Czarna Marysia: Co się matce zrobiło? Już czas na zabawę, widziałam powóz księcia, a matka najspokojniej tu odpoczywa. Gdzie Marysia?

Matka: Niema, niema Złotej Marysi!

Czarna Marysia: A gdzież się zadziała?

Matka: Utopiła się!

Czarna Marysia: Każdy musi umrzeć!

Matka: Marysiu, to twoja siostra!

Czarna Marysia: Co tam za siostra! Tylko przyrodnia!

Matka: Robiła nam wszystko...

— 5 —