Strona:Eliza Orzeszkowa - Stare obrazki.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie przyjął-by nawet żaden z mych antyochskich histryonów. Ale... niech i tak będzie! Co mi tam! Chcę tylko wiedziéć, jakiemi cnotami jaśnieje społeczność mrówcza? Czy wielki Pliniusz nie dociekł prawości, szczerości, wdzięczności mrówek? Ty o tém wiész pewno. Ja, nie, bo do szpargałów czuję wstręt równy temu, jakim przejmują mię szpetne niewiasty i towarzystwo pedantów. O ludzkiém mrowisku za to powiem ci dykteryą, która mię dużo nabawiła śmiechu, tobie zaś użyteczną być może, jak pigułka, skręcona przez Gallenusa, dla chorego na błędne widziadła.
Z wdziękiem o śniężną kolumnę oparty, z twarzą pełną swawolnych i naprzemian szyderskich uśmiechów, opowiadać zaczął:
— Było to tak. Niedawno kuglarz jakiś, Egipcyanin podobno, chcąc wyłudzić od ludu sporą garść obolów i asów, przyrzekł mu widok najdziwaczniejszego z cudów. „Na polu Marsowém, — powiadał, — zobaczycie mię siedzącego na figowém drzewie, a gdy ze szczytu tegoż spuszczać się będę ku ziemi, szeroko rozwierajcie ślepia, bo przemienię się w bociana i wzlecę ku niebu; z nieba znowu spadnie ognista kula, która wam dzioby nieco osmali.” Tłum ciekawych osłów zaległ Marsowe pole, kuglarz ze szczytu dzikiego figusa zabawiał go czas jakiś mroczącemi umysł bredniami; potém usłyszano szelest gałęzi, z których naprawdę wyle-