Strona:Eliza Orzeszkowa - Stare obrazki.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kała opona z kobierców, lecz czylisz biesiadujące w niéj grono nie zapragnie odetchnąć powietrzem ślicznego wieczoru? Niecierpliwie i żądnie wpatrzył się Lucyusz w perskie zygzaki i kwiaty opony. Pragnął, zda się, podnieść ją siłą wzroku. Nie długo wpatrywał się i czekał. Wiedział zresztą, że czekać długo nie będzie, bo zwyczaje dworu cesarzowéj wybornie znanemi mu były. Kobierce rozchyliły się i w malowniczych festonach u góry zawisły. Lucyusz, jak ucieszone dziecko w dłonie klasnął.
Z za podniesionéj zasłony ukazał się obraz, szerokością portyku nie tak oddalony, aby nie można rozpoznać składających go rysów, barw i postaci. Łukiem rzeźbionéj arkady: jak haftowaną ramą objęta, była to komnatka mała, nizka, napełniona podwójném światłem: tém, co spływało z płonących u stropu lamp i tém, które wpłynęło do niéj ze słonecznego jeszcze portyku. W tém oświetleniu malowane ptaki i motyle, rojem skrzydlatym zdawały się odrywać od turkusowego tła ścian; z sufitu kapały pęki i grona kunsztownie rzeźbionych kwiatów i owoców. Były tam trzy stoły, a przy każdym z nich, na bogatych, wysokich łożach, spoczywały po trzy osoby. Z mężczyzn jeden pobrzękiwał na cytrze, drugi białe lilie wplatał do włosów swojéj sąsiadki, trzeci na innéj obnażonéj szyi, zapinał perły. Kobiety ku rozchylonym uśmiechami ustom nio-