Strona:Eliza Orzeszkowa - Mirtala.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zostały, a w siwych źrenicach Muzoniusza zapalił się blask, niemal młodzieńczy.
— Tak, najdostojniejsza, i ta sama walka, którą toczą szlachetni i dumni...
— Padając wśród niéj na połowie swéj drogi, jak kłosy podcięte i zrąbane dęby... — dokończyła Fania.
O kim mówili, kogo pobladła nagle żona pretora porównywała do przedwcześnie podciętych kłosów i zrąbanych dębów? — Mirtala nie wiedziała, lecz zrozumiała dobrze, że ciężkie smutki i krwawe straty zaprawiały przeszłość, kto wié, może i teraźniejszość tego domu, w którym, pomimo bogactw, spokoju i częstéj wesołości, czuć było czasem zawieszoną w powietrzu łzę nieprzepłakanego żalu, albo westchnienie niezaspokojonych, wysokich pragnień.
Bez cienia obawy przestępowała teraz próg domu pretora. Znała już rzymskiego dostojnika tego i wiedziała dobrze, jak on wygląda. Zadrżała i zbladła, gdy po raz piérwszy, wbiegający do perystylu, młody służący, oznajmił obecnym przybycie pana domu. Jednocześnie przez otwarte na oścież kolumnady, nad któremi, dla wpuszczenia we wnętrze domu letniego ciepła i woni kwitnących w perystylu roślin, popodnoszono barwiste opony, ujrzała wysokiego, młodego jeszcze człowieka, o silnéj postaci i kruczych włosach, szybkim krokiem przebywającego dwie obszerne sale. Z dala już spostrzegła, że ruchy jego były żywe, rysy piękne i że nad spuszczonemi w zamyśleniu powiekami czarne brwi zsuwały się surowo i groźnie. Zaledwie jednak przestąpił próg perystylu i, podniosłszy powieki, rzucił spójrzenie na zgromadzone tam osoby; uśmiech przyjazny roztopił twardość jego rysów, męzki, donośny głos, w którym czuć było przyzwyczajenie do głoszenia rozkazów i wyroków śród rozległych przestrzeni bazylik i rynków, wymówił pozdrowienie serdeczne, i — o dziwo! ręka z pod fałd płaszcza wyjęła — zabawkę dziecinną. Była to piłka misternéj i artystycznéj roboty, złożona z giętkich złotych obręczy. Mały Helwidyusz poskoczył ku ojcu, który na chwilę podniósł go wysoko w silnych ramionach, a potém, śmiejąc się, złotą piłkę rzucił z taką siłą, że, w elastycznych poskokach i z metaliczném brzęczeniem przebywszy perystyl, zniknęła w gęstéj zieleni ścielącego się u stóp kolumn trawnika.
Dziecię, krzycząc z radości, pogoniło za piłką, a Helwidyusz Priscus, płaszcz z ramion spuściwszy, zasiadł w domowém kole swém, przy stole, pełnym owoców i wina. Nie miał on na sobie wspaniałéj sukni Pretora, bo przybywał nie wprost z Bazyliki, gdzie sprawował najwyższy urząd sądowy, lecz z łazien, do których przed powrotem do domu zwykł był wstępować. Ztamtąd-to zapewne wychodząc, zanim umieścił się w lektyce swéj, przez kilku barczystych Kapadoków niesionéj i otoczonéj tłumem przyjaciół i klientów, wysoki dostojnik ten i surowy sędzia, w jednym ze sklepów, otaczających łaźnie, kupił i z tajemnym uśmiechem pod fałdą płaszcza ukrył zabawkę, którą powitać miał jedynaka swego. Teraz, w tunice białéj, ozdobionéj szkarłatne-