Strona:Eliza Orzeszkowa - Mirtala.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sznéj, cuchnącéj mgle, która niby banią z brudnego szkła, obejmowała siedlisko wygnania, biedy, płaczu i przekleństwa.
Dnia pewnego, nie wiele potém, gdy Menochim odrzucił świetną propozycyą Justusa, młoda haftarka, wstępując do Awentyńskiego portyku, ujrzała widok niezwykły. Było to w godzinach popołudniowych, w których Rzymianie zwykli byli napełniać łaźnie, sprawować sądy, słowem, oddawać się zajęciom i rozrywkom w chłodnych ścianach domowstw. Ulice były puste prawie, w portyku siedziało i stało kilku tylko przekupniów i rzadko bardzo kroki spieszącego przechodnia uderzały przez chwilę o marmur posadzki, poczém wszystko milkło. Haftarka przybywała tu w złą porę, ale zatrzymano ją długo w miejscu inném, gdzie téż kupiono znaczną część jéj towaru. Przyszła więc późno, ale jakże szeroko i ciekawie otworzyła swoje wielkie oczy, i jak nieruchomo stanęła, aby módz niepostrzeżenie przypatrzyć się temu, co się tu dziś robiło. Niedaleko wejścia do portyku wzniesione było rusztowanie wysokie, u którego szczytu, równoległego z gzemsami dachu, siedziało i stało kilku ludzi. Jednego z nich haftarka spostrzegła najpierwéj. Młody, wysoki, w białéj tunice, z obnażonemi ramiony, siedział on na najwyższym szczeblu rusztowania i pęzlem trzymanym w ręku napełniał malowaniem dość szeroką przestrzeń, znajdującą się pomiędzy sufitem a głowicami kolumn; część szlaku, który widocznie świetnym wieńcem otoczyć miał portyk dokoła, była już wykończoną. Składała się ona z kwiatów i kłosów, ujmowanych w ramy z zygzaków greckich i wdzięcznie mieszanych z mnóztwem postaci dziecięcych, skrzydlatych, figlarnych, roześmianych. Charakter roboty téj był tak wesołym i wykwintnym, jak twarz i ruchy samego malarza. Kilku innych ludzi, młodych także i zwinnych, pomagało mu w pracy i rozweselało ją przyjacielską, a jednak pełną uszanowania, rozmową. Podawali mu oni farby, zmieniali pęzle; lekkiemi rzutami rąk, uprzedzających jego rękę, rzucali na ścianę piérwsze kontury przyszłego maowidła; zbiegając o kilka stopni niżéj, z dala przypatrywali się skończonym już częściom roboty; wydawali okrzyki podziwu, albo czynili nieśmiałe uwagi. Mieli pozór uczniów jego i pomocników.
Był to więc malarz! A ona, tak całém sercem swém pragnęła kiedykolwiek ujrzéć z blizka jednego z tych, których dzieła widokiem swym napełniały ją dziwną rozkoszą i takiemi myślami, od których głowa jéj, w godzinie powrotu na rodzinne przedmieście, stawała się ciężką, smutną i pokorną. Patrzała téż teraz na malarza chciwie, z podniesionym wzrokiem, i chociaż religijne wierzenia Edomitów ze słyszenia tylko znane jéj były, chociaż od niemowlęctwa czcić ją nauczano jedynego Boga, w głębokościach istoty swéj, trwożnie, lecz z uwielbieniem, nazwała go pół-bogiem. W ten sam sposób przypatrywała się mu przez wiele dni następnych. W czasach ostatnich robotnice Sary wiele wykończyły robót, a ona, w nagrodę za dokonany haft, piękniejszy i nowszy jeszcze nad inne, otrzymała od dobréj kobiety, która pieściła