Strona:Eliza Orzeszkowa - Mirtala.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dziwaczne na pozór mieszaniny mnóztwa linii i kolorów, które przecież zlewały się zawsze w pełną wdzięku i fantazyi całość. W głowie dziewczęcia, pod gęstwiną ognistych włosów, błyskały płomyki twórczości. Kiedy otyła Sara po raz piérwszy zobaczyła samoistne roboty swojéj uczennicy, plasnęła w pulchne dłonie i, z błogim uśmiechem na dobroduszych wargach, po razy kilka zawołała:
Hoscheb! Hoscheb!...
Znaczyło to, że dziewczyna w sztuce haftarstwa za improwizatorkę uznaną została. Wtedy-to, w dniu mianowania jéj tym tytułem, otrzymała ona w podarunku od Sary ów naszyjnik z kolorowych szkiełek i śliczne sandałki, bez dzwoneczków wprawdzie, które nie przystawały ubogiéj dziewczynie, ale z ponsowéj skóry i z podeszwą, głośno i wesoło uderzającą o bruk ulic i portyków rzymskich. W sandałki te i naszyjnik stroiła się wtedy tylko, gdy szła na drugą stronę Tybru.
Głośno i wesoło uderzając sandałkami o lawowe lub marmurowe płyty, coraz powolniéj przecież wspinała się na Awentyńskie wzgórze i o piękności zwieszonych na ramionach swych haftowanych pasów zapominała. Teraz otaczały ją piękności inne, znane jéj oddawna, ale na które dosyć napatrzyć się nigdy nie mogła. Ukazujące się jéj tu zewsząd rzeźby i malowania, mozaiki z różnobarwnych marmurów, kolumnady, posągi, świetne i kunsztowne ubiory mężczyzn i kobiet, budziły w niéj zawsze ciekawość i zachwycenie. Wrzące tu życie, nie wrzaskliwe, brudne, ze złorzeczeniami i łzami zmieszane, jak na rodzinném przedmieściu jéj, ale wykwintne, błyszczące, wesołe, wlewało w pierś jéj wpół rozkoszne, wpół dręczące wrzenie. Z szeroko otwartych oczu jéj, z warg drżących, z rumieńców, które wybijały się na policzki, poznać można było, że pragnęła-by nie iść, lecz leciéć, nie oddychać powietrzem tutejszém, lecz pić je chciwie i bez końca. Szła to powoli, to prędzéj, uśmiechała się do wszystkiego, co wzrokiem napotykała, i machinalnie, bezwiednie, jakby chcąc dostroić się do piękności i blasku otoczenia, stroiła się w niesione przez się hafty, owijała je dokoła szyi, opuszczała na spłowiałą suknią, w malowniczych fałdach zwieszała je na ramionach. Wkrótce osypały ją całą złote i srebrne iskry, które w haftach jéj rozniecało słońce, aż gasły w cieniach portyku, do którego wstępowała po kilku marmurowych schodach, i w którym u jednéj z kolumn stawała, uważna, cicha, pilnie nabywców towaru swego wyglądająca.
Portyk to był, przez Cestyusza, jednego z najmożniejszych panów rzymskich, na Awentynie zbudowany, i na miejsce przechadzki i ochłody ludowi rzymskiemu ofiarowany w darze. Składał się on z dwóch długich rzędów kolumn, złączonych w górze lekkim dachem, a w dole marmurową posadzką. Gzymsy dachu, głowice i podnóża kolumn ociekały bogatemi rzeźby; sufit okrywały rzeźbione także kwadraty i medaliony; tu i ówdzie, pomiędzy kolumnami, wznosiły się potężne lub wdzięczne kształty posągów. Zazwyczaj,