Strona:Eliza Orzeszkowa - Mirtala.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czne ogrody, noszące nazwy Cezara i Agryppiny, jako téż otoczone ogrodami wille możnych, okrywały szczyty i stoki dwu wzgórz przedmiejskich gęstą zielenią, śród któréj jaśniały tu i owdzie śnieżne, wspaniałe łuki i sklepienia bram, wiodących po-za obręb miasta. Tu także, u stóp Janikulu, na ciasnéj przestrzeni, zamkniętéj ścianą wzgórza i brzegiem rzeki, naprzeciw łuku Germanikusa, który bogatą jakby klamrą zamykał spuszczającą się z Awentynu Ostyjską ulicę, szarzała rojem nizkich domków ta część zatybrzańskiéj dzielnicy, którą wyłącznie zamieszkiwali Syryjczycy i Żydzi. Miejsce to różniło się od innych części miasta, nietylko rozmiarem ulic swych i budynków, ale także odrębną całkiem architekturą tych ostatnich i nadewszystko fizyognomią zamieszkującéj je ludności. I po przeciwległéj stronie rzeki istniały miejsca ubogo i ciasno zabudowane. To np., które nosiło nazwę Subury, ulice miało wązkie, domy stłoczone i kruchością swą budzące przestrach przechodniów. Niemniéj przecież były to domy wysokie, sześciu nieraz piętr dosięgające, przyozdobione kolumnadą, któréj cegły i gipsy słabo naśladowały marmury wspanialszych części miasta; wązkie nawet zaułki posiadały tam wysłanie z lawy, lśniącéj jak ciemne źwierciadło, a tu i owdzie ozdabiały się posągami, przedstawiającemi bóztwa niebieskie, lub uwielbianych ziemian. Tam także nikt słyszéć nie mógł mowy innéj, nad łacińską lub grecką, a twarze ludności, grube i często wynędzniałe, nosiły jednak w rysach swych wyraźne dowody pochodzenia swego od starożytnych Kwirytów albo Hellenów, będących w Rzymie dawnymi już i poufałymi gośćmi. Na zatybrzańskiém przedmieściu całkiem było inaczéj. Setki może krótkich, ważkich, krętych uliczek wiły się dokoła domków jednopiętrowych, nizkich, z dachami płaskiemi, otoczonemi balustradą, a zwieńczonemi rodzajem trójkątnéj budki, smutnie spoglądającéj jedyném oknem bez szkła, które było zbytkiem, w tém miejscu nieznanym, a zastępowanym szybami z pęchęrza, albo szmatami przepojonych woskiem materyi. Architektura taka Rzymianom była obcą, dopóki jéj tu nie przywieźli z sobą wędrowcy z Judei. Trójkątna budka owa, nad płaskim dachem stercząca, zawierała w sobie izdebkę, powiększającą szczupłe na dole mieszkanie i noszącą nazwę Aliga; dach płaski, otoczony balustradą, rozszerzał ciasną i duszną przestrzeń, tworząc rodzaj tarasu, na którym jadano, modlono się i często spano. Domki te, uliczki i ciasne placyki zalegała ludność płci obu, w strojach, całkiem téż różnych od tych, które noszono w innych częściach miasta. Nie było tu ani tog brunatnych, szkarłatnych lub białych, ani tunik obcisłych, wytwornych, wzorzystych, ani kobiecych stolli z rzęsistemi haftami, ani zalotnych zasłon, lekkich jak obłok, opływających kształty, uwydatnione lśniącemi od metalowych ozdób pasami. Mężczyźni nosili tutaj długie do ziemi, luźne, grubym wełnianym zwojem ściśnięte w pasie suknie, chithoneth zwane, głowy zaś ich dźwigały ciężkie turbany, łamiące się w twarde załomy, a opuszczające na oczy i policzki cienie wysokich gzemsów. Same turbany te były dziełem zawikłaném, którego wykonania ani podjąć