Strona:Eliza Orzeszkowa - Gloria victis.djvu/353

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   343   —

dwie od rosy błyszczące niezapominajki i wszystko razem na srebrnej kądzieli położył.
Nic wcale tedy nie obchodziło nas to, że p. Burakiewicz za interesem jakimś zapewne do gospodarza domu przyjechał i szyłyśmy dalej, w robocie i milczeniu pogrążone, gdy nagle głos na uroczystą nutę nastrojony mówił.
— Memento mori!
To Oktunia, ręce na kolana opuściwszy i żałośnym wzrokiem po nas wodząc, słowa te pogrzebowe wymówiła i dodała.
— Jak w klasztorze, gdy na Silentjum zadzwonią...
— Jak u kamedułów, — szepnęła Stefunia.
— Dla czego nie rozmawiamy? — Rozmawiajmyż!
Aha? Dla czego nie rozmawiałyśmy! Łatwo to powiedzieć: rozmawiajmy! Kiedy ręce niewprawne coś z wielkiem staraniem i niemniejszym zapałem robią, usta aż oddymają się, lub aż zaciskają się z gorliwości, z wysilenia, a głowa im słów żadnych nie podpowiada.
— Przeczytajmy cokolwiek!
— Niech kto głośno poczyta!
Dobrze! Ale w takim razie jedna para rąk od roboty się oderwie. No niech tam! Godzinkę, jaką, dwie — para rąk popróżnuje, za to innym przyjemniej pracować będzie.
Skoczyłam do sąsiedniego salonu, wzięłam ze stolika ogromnie wówczas czytywaną, rozrywaną broszurę, w której Edmund About dokonywa no-