Strona:Eliza Orzeszkowa-Nad Niemnem (1938) tom III.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

gwiazdy z nieba nie zdejmie, w łeb sobie palnie, a potem i przy świetle śmierdzącej łojówki żyje...
— Albo — zaprzeczył Witold — za swoją gwiazdę i aby smrodu łojówek nie czuć łeb sobie roztrzaskać daje... Ty, mój ojcze, znasz z bliska takie przykłady...
— Nie znam, nie wiem i nic wiedzieć nie chcę... — sarknął Benedykt.
— Stryj Andrzej... — drżącymi trochę usty zaczął Witold.
Ale Benedykt znowu jak wryty stanął.
— Cicho! — stłumionym szeptem zawołał.
Szybko i z trwogą rozejrzał się dokoła, lecz w pobliżu nie było nikogo. Na usta Witolda wybiegł uśmiech bolesnej ironii.
— Nie lękaj się, ojcze — zwolna wymówił — nikt nie usłyszał, że ze czcią imię twojego brata wspomniałem!...
Ciemny rumieniec od siwiejących, gęstych włosów aż po kołnierz koszuli okrył twarz Benedykta. Zmieszał się więcej jeszcze niż wtedy, kiedy Witold pokorną jego względem wierzyciela uniżoność zauważył. Złagodniał też i w bramie ogrodzenia, które dziedziniec folwarczny z dworskim rozdzielało, mówić zaczął:
— Każdy za młodu ma swoje marzenia i teorie, którym później praktyka kurty kroi. Łbem muru nie przebijesz, a tych ludzi gdybyś i miodem smarował, będą oni zawsze leniwi, niedbali i nieżyczliwi...
— Cóż dopiero, kiedy się ich pieprzem karmi! — uśmiechnął się Witold.
— A kto ich tam do diabła chce pieprzem karmić? — z odradzającym się rozjątrzeniem rzucił Benedykt.
— Naprzód — zaczął Witold — aż nadto nasypało się im go do garnków z przeszłości, a potem...
Stanął i twarzą zwracając się ku folwarcznemu dziedzińcowi na czworaki wskazał.
— Wszak nie myślisz pewnie, ojcze, że ludzkie energie i uczucia rozwijać się mogą w tych okopconych i przeludnio-