Strona:Eliza Orzeszkowa-Nad Niemnem (1938) tom II.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się znad ziemi i obie ręce, z których w jednej sierp błyszczał, ruchem zmęczenia nad głowę wyciągając odpowiedziała:
— Lepszego jak on to już prawie na całym świecie nie ma. Żadnego ja smętku przy nim nie doznała. Horujem razem i hulamy razem, a częściej on co ciężkiego zrobi jak ja...
Zgięła się znowu ku ziemi, i stara, gadatliwa kobieta także ku żytu zwrócić się miała, gdy żona Fabiana żąć nie przestając jękliwym i śpiewającym głosem swym przemówiła:
— A koniec taki, że pani Starzyńska masz dwoje dzieci i żadnego sama nie wyhodowałaś...
W mgnieniu oka spracowana i sucha ręka Starzyńskiej oparła się na jej kłębie. Cieńszym trochę niż wprzódy głosem odkrzyknęła:
— Nie wyhodowałam, a najśliczniejsze ze wszystkich mam... Owszem!
I zaniosła się od śmiechu.
— Jak ku-kaw-ka! — z ironią zaśpiewała znowu Fabianowa.
W tej chwili wóz ciągnięty przez kasztanka i gniadą cicho wtoczył się na ściernisko.
— O Jezu! — zanim jeszcze konie stanęły z woza zeskakując krzyknął Jan, i paru skokami znalazł się przy kobiecie na snopach siedzącej, którą usuwając się odsłoniła przed nim matka, a której suknia słomianej barwy złocisto na słońcu jaśniała. Więcej niż wesołością, bo serdeczną radością jaśniała twarz Justyny, kiedy z niskiego siedzenia swego oczy na przybyłego wzniosła i żywym, pośpiesznym ruchem rękę ku niemu na powitanie wyciągnęła. On tę rękę w obie dłonie pochwycił i nisko schylony na chwilę do niej ustami przylgnął.
— Troszkę spodziewałem się, że pani dziś do nas przyjdzie, bo mówiła, że chce na naszą robotę z bliskości popatrzeć; ale wszystko jedno, jak zobaczyłem, że pani tu siedzi, jakby mnie słońce przed oczami zaświeciło... — Przecież dziś słońce nie tylko świeci, ale aż prawie