Strona:Elegie Jana Kochanowskiego (1829).pdf/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ELEGIA  II.

DO PRZYJACIÓŁ.


Próżno we mnie drużbowie chcecie podnieść ducha,
Bo kiedyż miłość głosu rozumu posłucha?
Wszak ona ani widzić, ani słyszyć zdoła,
A cóż wtedy dopiéro, kiedy rozum woła.
Więc kiedy wszystko błądzi na przemiennym świecie,
Wy mi błąd mój powszechny: miłość, wskazujecie?
Przez nią pod zimném niebem ja twardy Sarmata,
Spokojnym sztukom młode poświęciłem lata,
Ona mię odmówiła od wojennéj wrzawy,
Ojców niegdyś nad Wisłą jedynéj zabawy,
Ona słodszych nad wszystko uczyła mię pieni,
Jakie nucą śmiertelni przez bogów natchnieni,
By kiedyś sława niosła, że nie same Traki,
Lecz i Sarmaty swoje miewały śpiewaki.
Ja, ani pragnę lasów z gór wysokich ruszać,
Ani dzikie zwierzęta za sobą przymuszać;
Jedna żądza, Lydyo: zmiękczyć serce twoje,
Aby otworzyć ryglem zaparte podwoje,
To, jeśli strony moje za czasem przemogą,
Wy lasy i zwierzęta idźcie waszą drogą!
Niech na wozie zwycięskim inny prowadzony
Dumném okiem lud mierzy bijący pokłony,