Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozpłakały się dzisiaj astry ogrodowe,
Październikowa słota oczy kwiatów śćmiła
I czerwony kobierzec liści rozrzuciła
Po stawach, kędy więdną mgły nenufarowe.

Jak zimno! Wilgoć wnika przez okiennic szparę,
Przeszywa ciało dreszczem zielonych mokradeł,
Że każda noc się staje pastwą złych widziadeł,
A po nocach ogłuchłych dni przychodzą szare!

Codziennie, gdy na spacer idę w drogi dalne,
Szkarłacąc oczy swoje o jarzębin kiście,
Widzę, jak śmierć wciąż nowe z drzew odtrąca liście
I po liściach pochody czyni tryumfalne!

Jestem biedny, zmęczony i smutny ogromnie,
Wlokący się powoli do starego płota,
Gdzie z głową pochyloną siedzi ma tęsknota
I gdzie wizje dni dawnych przechodzą koło mnie.

Żebraczka wysilona nędzą suchotniczą,
Pospołu z włóczęgami i ze mną pospołu,
Śni spokojny epilog cmentarnego dołu,
Ostatni schron, gdzie żadne głosy już nie krzyczą!

...A po drogach, po ścieżkach — kędy spojrzeć — wszędzie!
Rozsiadły się pałuby ze słomy złocistej,
Mówiące o cudownej prawdzie i legendzie,
Chorale odkwitania róż, — po porze dżdżystej.

Ach! chwycić się tej myśli, chwycić się kurczowo!
I uwierzyć, że jedno jest w wszechświecie prawo