Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/306

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


meteoryczny kamień przeleciał znowu blisko mnie, a częstość zjawiska zaczęła mnie już niepokoić.


17-go kwietnia. Dzisiejszy ranek był epoką w mojej podróży. Przypominam, że trzynastego ziemia przedstawiała szerokość kątową dwudziestu pięciu stopni; czternastego kąt znacznie się zmniejszył, piętnastego zmniejszenie się postąpiło dalej; idąc spać szesnastego, zauważyłem kąt zaledwie siedmiu stopni i piętnastu minut. Jakież więc było moje zdumienie, gdy obudziwszy się z krótkiego i przerywanego snu, rano tegoż dnia siedmnastego, spostrzegłem pod sobą powierzchnię tak nagle i cudownie powiększoną w objętości, że kąt nie wynosił mniej niż trzydzieści dziewięć stopni.
Byłem jakby piorunem rażony! Żadne słowa nie mogą dać pojęcia o nadzwyczajnem przerażeniu i zdumieniu jakie mnie ogarnęły i całkowicie opanowały. Kolana drżały podemną, zęby szczękały — włosy stanęły mi na głowie. »Balon zatem musiał pęknąć!« Oto były pierwsze bezładne myśli, przebiegające przez mój mózg: »Balon niewątpliwie pękł!« — Spadałem — spadałem z największą chyżością. Sądząc z olbrzymiej przestrzeni, przebytej tak szybko, nie mogło upłynąć więcej jak dziesięć minut co najwyżej, nim nie zetknę się z powierzchnią ziemi i ulegnę zupełnemu unicestwieniu. Ale przecie zastanowienie przyszło mi na pomoc. Za-