Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mój kierunek sprawiał mi niepokój; ponieważ było rzeczą jasną, że gdybym płynął tak dalej, straciłbym wprost możność dostania się na księżyc, którego orbita jest nachylona do ekliptyki pod małym kątem 5°8’48’’. Choć może się to wydawać rzeczą dziwną, jednakże dopiero tak późno zacząłem pojmować wielki błąd, jaki popełniłem przez to, że nie wzniosłem się z ziemi z punktu leżącego w płaszczyźnie elipsy księżyca.


9-go kwietnia. Dzisiaj średnica ziemi znacznie się zmniejszyła, a barwa powierzchni stawała się co godzina bardziej żółtą. Balon utrzymywał się stale w swym kierunku ku południowi i przybył o dziewiątej wieczorem nad północną krawędź zatoki meksykańskiej.


10-go kwietnia. Nagle zbudziłem się ze snu o piątej rano w skutek głośnego, trzeszczącego i strasznego dźwięku, którego sobie nie umiałem wyjaśnić. Trwał on bardzo krótko, ale jak długo trwał nie podobny był do niczego na świecie, co znałem i słyszałem. Nie potrzebuję mówić, że zostałem mocno zaalarmowany, przypisując dźwięk w pierwszej chwili pęknięciu balonu. Zbadałem atoli wszystkie moje przyrządy z wielką uwagą i nie mogłem odkryć żadnego nieporządku.