Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sięciu jardów, gdy rycząc i hucząc powstał za mną w straszliwy sposób, tak gwałtowny huragan ognia, żwiru, płonącego drzewa, rozpalonego metalu i poszarpanych ciał ludzkich, że serce we mnie zadrżało i upadłem na dno kosza drżąc na całem ciele. Pojąłem obecnie, że przesądziłem całą rzecz i że główne skutki eksplozyi miały dopiero nastąpić, istotnie w mniej niż sekundzie poczułem uderzenie krwi do głowy, a bezpośrednio potem wstrząśnienie, którego nigdy nie zapomnę i które zdawało się rozdzierać firmament na poły. Gdy potem miałem czas na refleksyę zrozumiałem, że nadzwyczajna siła eksplozyi, o ile to mnie dotyczyło, brała źródło w mojej sytuacyi bezpośrednio nad nią i na linii jej największego natężenia. W danej chwili myślałem jeno o ratowaniu życia. Balon skurczył się naprzód, potem rozdął gwałtownie, potem zaczął wirować z zawrotną szybkością, wreszcie zataczając się i potykając jak pijak, przerzucił mnie przez brzeg kosza, tak, że zawisłem w straszliwej wysokości głową na dół, a twarzą na zewnątrz i to na kawałku cienkiej linki około trzy stopy długiej, zwisającej przypadkiem przez szparę w dnie kosza; gdym wypadał lewa stopa opatrznościowo zaplątała się w nią — nie podobna, całkiem nie podobna — wyobrazić sobie rozpaczliwości mego położenia. Oddechałem konwulsyjnie — drżałem na całem ciele, jakby we febrze, czułem, że mi oczy na wierzch wychodzą — nu-