Strona:Edgar Allan Poe - Kruk. Wybór poezyi.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

pnia świadomość obecności przy sobie osoby, która się nad nim pochyla, tak i ja czułem niejasno, że siedzisz wciąż przy mnie słodka Uno. Tak samo, gdy nadeszła dwunasta godzina drugiego dnia mej śmierci, nie byłem całkiem nieświadomy tego co się ze mną działo. Odeszłaś ode mnie. Zamknięto mnie w trumnie i zaniesiono na cmentarz. Spuszczono mnie do grobu, sypiąc ciężko ziemię na trumnę moją i pozostawiono mnie ciemnościom i zgniliźnie, pogrążonego w smutnych i uroczystych snach w towarzystwie robacznej czerwi. I tam w tem więzieniu, które nam już nic prawie objawić nie może, upływały mi godziny, dnie, miesiące, w czasie których dusza śledziła skrupulatnie za każdą nadbiegającą sekundą, notując bez celu i wysiłku czas jej odlotu.
Upłynął rok. Poczucie bycia stawało się coraz mętniejsze, a w miejsce jego występowało coraz wyraźniej poczucie miejscowości. Pojęcie bytu zlewało się zupełnie z pojęciem miejsca, a ciasna przestrzeń obejmująca to, co było niegdyś ciałem, stawała się niejako ciałem samem. Aż raz, jak się to zdarza człowiekowi śpiącemu, (gdyż sen i świat jego widzeń są jedyną dla nas dostępną figuracyą śmierci). Jak to się zdarza na ziemi człowiekowi głęboko uśpionemu, gdy nagły błysk budzi go na wpół, pozostawiając go jednak na pastwę marzeń sennych. Tak mnie ujętemu ciasnym uściskiem cieniu zaświtał na krótką chwilę błysk nieśmiertelnej miłości. Ludzie