Strona:Edgar Allan Poe - Kruk. Wybór poezyi.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

wówczas tak bliskim, jakeśmy to przypuszczali, jak mogliśmy przypuszczać, patrząc na rozpowszechnione zepsucie, o którem wspomniałeś. Ludzie żyli i umierali indywidualnie. Ty sam pokonany chorobą, zstąpiłeś do mogiły, dokąd podążyła wkrótce za tobą wierna twa Una. A jakkolwiek uśpione zmysły nasze nie zaznały tortury oczekiwania i nie czuły długości wieku, który przeszedł nad mogiłami naszemi, zanim ostateczny przewrot obudził nas i powrócił sobie, to przecież wiemy dziś, że trwało to cały jeszcze wiek.
Monos: Powiedz raczej, chwilę, w nieskończoności. Umarłem niewątpliwie w czasie zgrzybiałości ziemi, z sercem rozdartem skutkiem niepokoju płynącego z powszechnego upadku i bezładu. Umarłem z gorączki po paru dniach cierpień i wielu, wielu dniach majaczeń, widzeń i ekstazy, której objawy brałaś za cierpienie, podczas kiedy jedynem cierpieniem mojem było to, iż nie mogę cię wywieść z błędu. Po kilku dniach wreszcie wpadłem w letarg, leżąc jakeś to wyżej powiedziała bez tchu i bez ruchu, ci zaś, którzy mnie otaczali, nazwali stan mój Śmiercią.
Słowa nie potrafią nic określić. Stan mój nie pozbawił mnie czucia i nie zdawał się być zbyt różnym od tego, w jakim się znajduje ktoś, co przespawszy długim, głębokim snem w nieruchomości i odrętwieniu pod gniotącem działaniem znużenia, wchodzi w okres przesilenia, powracając zwolna do samoświadomości. Wsuwa się on niejako w tą pół-