Strona:Edgar Allan Poe - Kruk. Wybór poezyi.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

odrętwienia i martwoty. Śmiertelny jakiś ciężar przygniatał nas, tłocząc brzemieniem swem członki nasze, sprzęty stojące w komnacie, czary pełne wina któreśmy wciąż wychylali. I wszystko zdawało się upadać obezwładnione pod gniotącym tym ciężarem z wyjątkiem chyba siedmiu płomyków strzelających z siedmiu lamp żelaznych, które przyświecały naszej orgii. Płomyki owe wydłużając się w cienkie świetlane niteczki płonęły nieruchome i blade, a pod wpływem ich blasku okrągły stół hebanowy, przy którym siedzieliśmy, zdawał się być gładkiem zwierciadłem, a każdy z obecnych podziwać w niem mógł odbicie własnej bladości i posępny niepokój wyzierający z oczu swych współbiesiadników.
Mimo to wybuchaliśmy często głośnym śmiechem, weseląc się po swojemu i śpiewając gorączkowo pieśni Anakreonta, które są samym szałem i spełniając obfite czary, jakkolwiek wino w nich zawarte przypominało nam purpurę krwi. Lecz oto w komnacie naszej znajdował się jeszcze jeden człowiek, a był nim młody Zoilus, który leżał martwy wyciągnięty w całej długości i szczelnie owinięty całunem. On to był demonem i geniuszem tej sceny. Nie mógł już niestety brać udziału w naszej zabawie, chociaż twarz jego wykrzywiona bólem, chociaż oczy, w których śmierć nawet nie zdołała zagasić palącego ognia zarazy, zdawały się wyrażać zainteresowanie uciechą naszą, o ile zmarły zajmować się może ra-