Strona:Edgar Allan Poe - Kruk. Wybór poezyi.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

który miałem przed sobą. Ze wszystkich stron, z wyjątkiem od zachodu, gdzie się słońce wkrótce miało pogrążyć, wznosiły się zielone ściany lasu. Od strony wschodniej, strumyk załamywał się tak nagle, że dalszy bieg jego, stawał się niewidzialnym dla oczu. Zdawało się skutkiem tego, że został tu nagle uwięziony i że zamyka go od wschodu ciemna zieleń drzew. Z przeciwnej zaś strony, (tak mi się to zdawało, leżącemu twarzą ku niebu) spływała nieustannie w dolinę wspaniała katarakta ze złota i purpury, tryskająca ze słonecznej fontanny zachodniego nieba. W środku prawie, ciasnego widnokręgu, który obejmowałem wizyjnym mym wzrokiem, spoczywała na łonie wód strumienia, mała okrągła wysepka, pokryta przepychem zieleni.

A brzeg i jego obraz stopiły się społem
Jakoby gdzieś w powietrznej wiszące przestrzeni.

Woda przeźroczysta naśladowała tak dobrze zwierciadło, iż niepodobieństwem było odgadnąć w którym punkcie szmaragdowej pochyłości rozpoczynało się kryształowe jej królestwo. Miejsce, w którem leżałem, pozwalało mi ogarnąć jednym rzutem oka oba krańce wysepki, wschodni i zachodni. Uderzyła mnie też odrazu, ostro odcinająca się różnica obu tych widoków. Zachód promieniał na kształt serajowego ogrodu piękności, czerwieniąc się i płonąc pod ukośnem wejrzeniem słońca i śmiejąc się przepychem wszystkich swych kwiatów. Murawa była tam krótka, i sprężysta, usiana gęsto asfodelami, drzewa rosły