Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


profesorze, pozwól, że będę cię tytułował w ten sposób, bo, że pan jest, jak sądzę, wybornym artystą, miałbyś prawo być profesorem w Akademii Sztuk Pięknych. A zatem, czcigodny profesorze, jakże zamilczeć mam przed tobą to, czem serce me jest przepełnione? Jestem, jak to mówią, konkurentem i w równonocny czas wiosenny zamierzam do swego domu wprowadzić słodką narzeczoną. Jakże nie mam być wzruszony, gdy ty mi pokazałeś szczęśliwą narzeczoną?
— Jakto? — zawołał starzec zgrzytliwym głosem. Jakto? pan się chce żenić? Ależ pan jest na to i za stary i za brzydki.
Tussman był tak zdumiony niewiarogodną brutalnością starego żyda, że nie mógł słowa powiedzieć.
— Nie gniewaj się na tego człowieka, — rzekł Leonard — że w ten sposób mówi do ciebie; niema on tak złych zamiarów, jakby można przypuszczać. Ale muszę ci szczerze wyznać, zdaje mi się, że trochę zbyt późno postanowiłeś się ożenić; masz zapewne około pięćdziesięciu lat.
— Dziewiątego października, w dzień Świętego Dyonizego — odparł nieco żywo Tussman — kończę rok 48-my.